OMAN UAE 2020 Persian Gulf

Al-HamraUdało się

Podróżowanie z 2 małych dzieci lekkie nie jest, ale jeszcze trudniejsze jest planowanie. Zwykle przegapiam okazje, zwykle wręcz przegapiam odpowiedni moment na zakup biletów. Bałem się, że tej zimy także nigdzie nie polecimy, ale w tym roku starałem się być sprytniejszy i podejść do tego inaczej. Już jesienią widziałem loty charterowe do Emiratów z Poznania w dobrych cenach. Nigdy z czegoś takiego nie korzystałem i byłem pełen obaw, ale to mogła być jedyna okazja by kupić coś tanio, a tego regionu świata praktycznie nie znam (poza Dohą na przesiadce rok temu). Emiraty nas specjalnie nie kręcą, ale Oman zdaje się być znacznie ciekawszy. Gdy rozpoczął się kryzys Iran-USA ceny spadły jeszcze bardziej. Ostatecznie udało mi się kupić bilety 4bilety po średnio 550zł na chyba 10dni przed lotem. Bilety kupiłem wcześnie rano, a chwilę potem przeczytałem w sieci o zestrzeleniu samolotu w Iranie, ale mniejsza z tym :) Wiedziałem już, że te loty są na bardzo prowincjonalne lotnisko gdzie jest się zdanym na taxi i to tylko do nieciekawych regionów hoteli dla turystów masowych. Wiedziałem też, że pożyczenie samochodu z opcją wyjazd do Omanu nie jest proste, bo tylko 2 firmy na to pozwalają (Budget i Dollar) i wymaga to uzgodnień. Dla 4 osób samochód to najtańsza i najbardziej sensowna opcja. Okazało się, że Dollar ma absurdalne limity kilometrów, do wyboru został tylko Budget. Niby ma biuro na tym malutkim lotnisku, ale otwarte tylko do wczesnych godzin popołudniowych, a nasze loty są w nocy. Pozostała jeszcze tylko jedna jedyna opcja, biuro Budget w jednym z Hiltonów przy plażach. Niestety tam to biuro jest nieczynne w poniedziałki, a my przylatujemy w niedzielę późnym wieczorem. Pogodziliśmy się z tym, że spędzimy w tym Hiltonie 2 noce, podobno dzieciom takie miejsca się podobają. Uzgadnianie szczegółów z Budget zajęło mi jakieś 4dni, każda odpowiedź była od kogoś innego i nieco sprzeczna z poprzednią. Do końca nie byłem pewien czy wszystko będzie ok. Budget wymaga dodatkowej opłaty za dni które samochód spędzi w Omanie, niezależnie wymagane jest dodatkowe ubezpieczenie. Z uwagi, że koniec podróży przewidujemy w tym samym regionie gdzie początek tracimy 3 noce z 14dni podróży. Budget pozwala na przekroczenie granicy z Omanem tylko w Hatta co także nieco komplikuje dotarcie do AbuDhabi, trzeba jechać przez Dubaj. W efekcie plan podróży mamy taki, że 14nocy spędziemy w 12 różnych miejscach. Miało być lajtowo z dziećmi a wyszło całkiem skomplikowane planowanie. Oman poza Muscatem nie ma zbyt wielu miejsc noclegowych, są one więc drogie, a na tydzień przed wylotem wolnych miejsc jest niewiele. Nie ma już czasu na kody zniżkowe i wybrzydzanie. Lecimy z EnterAir, z powodu incydentu w Iranie dodano nam tankowanie na Cyprze co wydłuża nam podróż o prawie 3h! Znika jeden z atutów wylotu z Poznania. Ostatnie dni przed wylotem jestem pełen obaw, wszystko organizujemy na szybko. Żeby było śmieszniej kolega z Gdańska kombinuje jak do nas dołączyć, ale nie ma czasu na wypad na 2tyg. Wymyślam więc, że może do nas dolecieć do Omanu i wrócić z Omanu, sprawdza bilety i dolot w dobrej cenie z KLM z GDN nie pasuje o 1 dzień. Szybko weryfikuję i okazuje się, że może dolecieć do Dubaju w nocy, a następnego dnia razem z nami wcześnie rano wyjechać samochodem do Omanu. Okazuje się nawet, że akurat mamy zarezerwowany nocleg blisko lotnika. Szybka decyzja i kolega ma bilety.. na 3dni przed naszym wylotem. Organizujemy jakoś jego noclegi w pobliżu naszych.
Przelot okazuje się być całkiem przyjemny. Omijamy Izrael, widać ładnie Eljat:


Dolatujemy chyba 1h przed czasem, bardzo szybko dojeżdżamy do hotelu. Rano na hotelowym śniadaniu widzimy głównie emerytów, chodzimy po plaży, jest jakiś plac zabaw. Śpimy w jednym z osobnych domków więc nie jest to moloch:


Recepcja jest nieco kiczowata, ale wiem, że może być gorzej:

DubajUdało się

Całe biuro Budget to biurko postawione gdzieś w kącie. Samochodów nie widzę w ogóle. Na szczęście wszystkie detale naszej rezerwacji się zgadzają, nasz samochód specjalnie przyjeżdża z Dubaju, bo ze względu na Oman chciałem wyższe zawieszenie. Wziałem Hundaia Crete, to taka biedniejsza wersja Tucsona produkowana chyba w Indiach. Foteliki zabraliśmy z domu, bo tutaj są bardzo drogie, a i tak samochód z wszystkimi opłatami wyszedł nam drożej niż bilety. Pakujemy się do samochodu, robimy większe zakupy i jedziemy do Dubaju. Na początku droga jest niemal pusta, im bliżej tym więcej pasów i większy ruch. Dojeżdżamy bez problemu w okolice starego miasta w Dubaju. Robimy sobie spacer w okolicach Bastakiya:


Nie jest tak źle jak się spodziewałem. Komercja na akceptowalnym poziomie, jest nawet nieco pusto.



Rzeka ma fajny klimat:


Jest już późno, słońce nisko, ale uznaliśmy, że zdążymy jeszcze skoczyć na La Mer. To coś pomiędzy plażą, a centrum handlowym na powietrzu z sporą ilością knajp. Może się starzeje, ale mi tutaj się podoba. Klimat industrialno-tropikalny, bardzo luźno i przyjemnie, aż chce się wydawać pieniądze:









Ktoś naprawdę się przyłożył projektując to miejsce. Już prawie po ciemku jedziemy do hotelu. Niektore skrzyżowania maja tyle poziomów, że nawigacja google łatwo się gubi, trzeba być skupionym. Trochę żałuję bo światło do zdjęć perfekcyjne. Śpimy w okolicy Jaddaf Waterfront, okolica wygląda to jak wielki plac budowy, czyli słabo. Widzę, że kolega Andrzej wyleciał z GDN o czasie i jego przesiadka szybka w AMS też poszła ok. Uff. Jesteśmy umówieni rano przed naszym hotelem o 8:30.


QantabOman

Poranek sprawny. Nie mamy śniadania w pakiecie, ale mamy zapas zakupów. Wyjeżdżamy z parkingu punktualnie o 8:30, ale Andrzeja nie ma... Robimy kilka kółek dookoła hotelu i idzie :) Miał zator na recepcji swojego hotelu. Sprawnie wyjeżdżamy z miasta i jedziemy w kierunku Hatta. Czytałem wcześniej, że prowadzenie samochodu tutaj jest wyzwaniem, ale jest fajnie. Praktycznie każdy jedzie szybciej niż jest to dozwolone, ale nie ma szaleństwa i jest wysoka kultura. Nikt nie rozjeżdża pieszych. To przykład na to, że wysokie mandaty działają. Pod warunkiem, że są wystawiane, a tutaj są i do tego to samo przewinienie drugi raz kosztuje więcej.
Droga do przejścia granicznego prowadzi przez góry, gdzie na drodze jest sporo remontów, daje nam to opóźnienie około 30min. Na granicy formalności po stronie UAE nie zajmują sporo czasu, jedynie kolejka na kilka samochodów. Jednak po stronie Omanu musimy wysiąść kupić ubezpieczenie dla samochodu i wszystko razem pokazać w okienku. Ubezpieczenie jest dostępne na 5 lub 10dni, Budget pisał o 7 lub 30. Są spore kolejki i formalnie do Omanu udaje nam się wjechać z opóźnieniem około ponad 1h względem planu. Dalej do Muscatu odległość jest spora, ale autostrada przynajmniej 3x3 z niewielkim ruchem. Co mniej niż 1km są radary, pewnie część to tylko obudowa, ale nie wiadomo, która część.
Po większym ruchu na drodze widać, że jesteśmy już prawie w Muskacie. Z autostrady niewiele widać, ale miasto jest zupełnie inne niż Dubaj. Sułtan Kabus uważał, że wysokie budynki tutaj nie pasują i ich nie ma. Widać jednak bardzo dużo inwestycji w budowie. Tu widać nawet fotoradar:


Przyjeżdżamy w okresie żałoby po sułtanie. Na forach turystów charterowych też żałoba, bo hotele ograniczyły imprezy. Z tego powodu miałem większe obawy, niż ze strony napięć USA-Iran. Jednak Oman poradził sobie sprawnie z wyborem następcy (została nim osoba wyznaczona przez Kabusa, choć formalnie nie musiało tak się stać). Sułtan Kabus przejął władzę w Omanie siłą od swojego ojca, który nieco zbłądził. Zrobił z Omanu cywilizowany kraj, pomimo, że nie jest on bogaty w ropę jak sąsiednie Emiraty lub Katar, czy Bahrajn. Przez dekady rozbudował infrastrukturę, wprowadził powszechną edukację. Udało mi się ustawić Oman w pozycji kraju, który negocjuje i prowadzi mediacje, a unika konfrontacji. To natura Ibadytyzmu, pacyfistycznego odłamu islamu, który dominuje w Omanie a poza nim jest jeszcze chyba tylko na Zanzibarze (dawny sułtanat Omanu). Według wiki także w Libii, Tunezji i Algerii. Podobno Oman ma nawet otwarte stosunki dyplomatyczne z Izraelem. Dobre relacje i z USA, i z Iranem. Czytałem o epizodzie wykupu amerykańskich szpiegów skazanych w Iranie, mogli dzięki temu wyjechać, .. ale tylko do Omanu. Wjeżdżając do Muskatu widać, że to cywilizowany kraj.
Na dziś w planie mamy tylko Matrah, przez lata główny port Omanu. To osobne miasto, ale mniejsze, wciśnięte pomiędzy naturalną zatokę i góry. Bardziej klimatyczne niż Muscat.


Jest już po 15:00 więc późno. Ciemno zaczyna się robić przed 17:00. Jestem nieco zszokowany, bo tutaj zielone przystrzyżone trawniki, zadbane chodniki, generalnie bardzo ładnie. Bardzo mocno wieje (2 dni wcześniej też mieliśmy taki wietrzny wieczór). Znowu tracimy sporo czasu na bankomat i wymianę walut. Robimy tylko spacer, widokowo jest bardzo fajnie:







Jedziemy nieco dalej, gdzie szukamy knajpki z jedzeniem. Tutaj każdy lokalny fast food nazywa się coffee shop, nie wiem dlaczego. Jedzenie jest w nich dobre i tanie, choć nie zawsze wnętrze jest zachęcające. To już kolejne miasteczko na wybrzeżu, gdzie w okolicy znajduje się pałac Sułtana:


Śpimy kilka kilometrów dalej w miasteczku Qantab z sporą plażą. Na chwilę przed zachodem słońca na plaży takie klimaty:



Mamy mieszkanko z airbnb po bardzo dobrej cenie. 2 pokoje i łazienka, a korytarzem jest wielki taras. To ten na górze zdjęcia:

SurWadi Shab

To już poranek, nie wieje, jest super. Idziemy na spacer:



Pakujemy się i jedziemy dalej. Jeszcze Widok na miasteczko z naszego mieszkanka w drugą stronę niż plaża:


Jedziemy jeszcze w stronę Mutrah by wrócić do autostrady. Po drodze mijamy interesujący budynek rządowy:



Nasze auto:


Jedziemy dalej na południe. Po drodze jeszcze Bimmah Sinkhole. Dziura w ziemii z jeziorkiem. Jeśli jest po drodze to zobaczyć warto, ale traci się sporo czasu na dojazdy lokalnymi drogami z autostrady. Na uwagę zasługuje stopień zadbania o porządek. To chroniony park, jest parking, zadbana zieleń, jest nawet plac zabaw.


Do Wadi Shab, głównej dzisiejszej atrakcji, jest już blisko. Wadi to suche doliny, które zapełniają się wodą tylko podczas ulewnych deszczy. Wadi to główna atrakcja tutejszych gór, gdy jest gorąco zapewniają cień i chłod. Zwykle jest tam trochę wody, zwykle chłodnej. Pierwsze wrażenie psują betonowe słupy autostrady, ale to nic. Pieszy szlak rozpoczyna się po drugiej stronie jeziorka niż parking. Na początku dolina jeszcze się rozszeża:


Potem robi się bardzo ciasno i coraz bardziej fajnie:




O ile na początku turystów było sporo, im dalej tym bardziej pusto:


Na samym końcu jest najciekawiej, ale dotrzeć tam można tylko wpław. Niewielu płynie, wielu leży i odpoczywa przy jeziorku do którego da się dojść. Ja zostaję z dziećmi: Monika z Andrzejem płyną dalej.


Andrzej ma wodoodporny telefon, więc poniżej już jego zdjęcia. Oto dlaczego można tylko wpław:


Dalej trzeba wcisnąć się w tę szczelinę:



a w środku jaskinia z wodospadem i doświetleniem z góry:



Powrót Andrzeja przez szczelinę:


i Monika zadowolona:


Młodsze dziecko padło. Niosę śpiącą małą całą drogę powrotną do łódek przeprawiających ludzi do parkingu:


Widać już autostradę:


Na koniec udaje mi się zrobić kilka zdjęć w lepszym popołudniowym świetle:



W planie była jeszcze próba podjechania do końca pobliskiego Wadi Tivi. Tam da się daleko zajechać samochodem, ale zaleca się 4WD. Dzieci są jednak zmęczone i odpuszczamy (później tego żałuję). Kolejny nocleg mamy w Sur. Hotel jest dziwny, ale mamy duży apartament. Ruszamy na miasto by coś zjeść, klimat zupełnie inny niż w Muscacie, jest bardziej dziko i afrykańsko:


Prawie całe wieczorne życie kupia się na plaży:


Robimy się głodni, a jedzenia nie widać. Pochopnie skręcamy w wąskie uliczki i ledwo się w nich mieścimy, a nie da się zawrócić:


Ostatecznie już w ciemności trafiamy na jakiś centralny rynek, Ernest ma już głupawkę:



Czuć lokalną kulturę. Podoba mi się, choć miasto nie zachwyca, sprawia wrażenie zaniedbanego i raczej biednego. Czytam, że Oman stara się je ożywić i zatrzymać tu młodych ludzi, że mają tu nawet wyższe uczelnie. Chyba średnio im to wychodzi.

BidiyahWadi Bani Khalid

Rano podejmujemy nienalepszą decyzję, by olać hotelowe śniadanie i zjeść coś na mieście. Najpierw jedziemy do Al Ayjah najstarszej części miasta po drugiej stronie zatoczki. Sur znane jest z stoczni (o ile można to tak nazwać) produkującej tradycyjne drewniane łodzie:





Widok na nową część miasta, w oddali w tle widać góry:


Chyab za długo się zbieraliśmy bo wszystkie Coffee Shopy są zamknięte. W końcu coś znajdujemy, jemy i wyjeżdżany. Po drodze jeszcze fotka na boisko:


Droga z Sur do AlKamil to chyba jeden z niewielu w Omanie gdzie ważna droga krajowa nie jest autostradą. Po drodze widać budową zapory. Plan na dziś to Wadi Bani Khalid, mniej spektakularne i bardzo komercyjne w opiniach. Zobaczymy. O dziwo w prognozach na dziś przewidywane jest zachmurzenie, nawet deszcz. Mamy piątek, czyli pierwszy dzień tutejszego weekendu. Mieszkańcy Omanu sporo podróżują lokalnie, całymi rodzinami z dziećmi. Widać to już na drogach dojazdowych do dzisiejszego Wadi:


Parking jest pełny. Ludzie robią pikniki, grilują. Wadi Bani Khalid nas także w pierwszym wrażeniu rozczarowuje, pomimo, że nie mieliśmy wygórowanych oczekiwań:


Jest knajpka z nieco wygórowanymi cenami, duże toalety, mostek :)


Ale da się iść dalej, gdzie jest już ciekawiej:




Na końcu jest jaskinia z gorącym źródłem. Wchodzi tylko Andrzej z Ernestem:


Powoli wracamy. Pomimo wszystko spędziliśmy tu sporo czasu więc nie było tak źle:


Tak wygląda utwardzona droga wzdłuż suchego wadi:


Zatrzymujemy się na kolację w takiej okolicy:


Długo czekamy na jedzenie, bo chyba personel dopiero poszedł kupić potrzebne produkty. Mamy jeszcze 1h drogi, a słońce jest już nisko. Nie zdążymy na umówioną godzinę spotkania z hostem kolejnego noclegu.


A kolejny punkt programu to pustynia Wahiba Sands. To całkiem spora pustynia piaszczysta z dużymi wydmami. Aktualnie oficjalna nazwa to Sharqiya Sands, poprzednia były stosowana przez lokalne ludy które chyba nieco za bardzo próbowały okazywać swoją niezależność. Nocleg na pustynii można robić na kilka sposobów. Najprostrzy to hoteliki, często w namiotach, cena to 600-2000zł za noc w zależności od standardu plus podrzucenie samochodem za jakieś 200zł jeśli ktoś sam nie jest w stanie dojechać po piachu. Druga opcja to namiot, o ile ma się namiot i nie boi się samodzielnej jazdy po wydmach. Moża dogadać się z jakimś lokalnym kierowcą i poprosić o towarzystwo, ale to też kosztuje. Wybraliśmy 3 opcję, zwykły nocleg w cywilizacji, ale w miarę blisko wydm, by dało się na wejść na nie bez dojazdu samochodem. Wrota to pustynii to miasteczko Bidiyah, coś co jest pasującym nam kompromisem wygody, kosztów i atrakcyjności znalazłem w pobliskiej wiosce Al Raka i nazywa się "Home x4", bo ma 4 apartamenty :) Gdy dojeżdżamy robi się ciemno. Zgodnie z prognozą pojawiają się chmury:



Sporo czasu zajmuje nam znalezienie właściciela. Widać wielu lokalnych turystów bo jest weekend. Ludzie przyjeżdżają z quadami na przyczepkach by sobie poszaleć, albo z namiotami by w nich pomieszkać.

NizwaWahiba Sands

Budzę się bardzo wcześnie, bo chce zobaczyć pustynię przed wschodem słońca. Niebo całe w chmurach, w nocy chyba padał deszcz bo widać ślady kropli na mokrym piasku. Dzięki temu łatwiej się wchodzi na wydmy, a te są spore.
Z czasem pojawiają się dziury w chmurach i widać nawet słońce:


Jest, ale ponuro:


Robię trochę zdjęć, głównie w momentach gdy wychodzi słońce i idę po reszte, powinni już wstać:






Młodsze dziecko musiałem wnieść na góre i lekko nie było. Starsze tak się wyszalało, że mieliśmy spokój potem przez wiele godzin:






Andrzej zbiega na dół:


Myjemy się, bo piasek mamy wszędzie, a potem jeszcze spacer po okolicy:




I nasz domek, bardzo polecam:


Jedziemy dalej. Kolejny nocleg w Nizwa, ale chcemy zrobić kółko przez Sinaw i Adam wjeżdżając nieco w bardziej dzikie obszary. W Sinaw jest najbardziej znany i klimatyczny Souq w Omanie, ale mamy świadomość, że zanim dojedziemy będą się już zwijać. I rzeczywiście:




Po drodze taki klimat:


Dojeżdżamy do fortu w Bahli. Obecna forma fortu niby z XVII wieku. Fort był tu wcześniej, ale z wcześniejszego okresu nic nie zostało. Zresztą mam wrażenie, że to co jest dziś też w większości to daleko posunięta restauracja. Ale to nic, jest fajnie i widoki dookoła fajne:



Wieża GSM ubrana w palmę:


Gdy wyjeżdżamy robi się pochmurno i to bardzo:




Śpimy w Antique Inn. W Nizwa w centrum są chyba tylko 2 typowe hotele, nasz i Heritage Inn. Obydwa w starych budynkach, urządzone w starym stylu i relatywnie drogie. To najdroższy nocleg naszego wyjazdu (600zł za noc), a i ta miejsc było już mało i po prostu nie mieliśmy wyjścia. Widok z tarasu śniadaniowego:


Idziemy na miasto :) Nizwa ma potencjał na miasto turystyczne. Blisko Muscatu, blisko góry, jest tradycja i kultura. Tutejszy Fort ma 10x droższy bilet niż Bahla i jedzenie też jest tu droższe. Wszystko jest bardziej zadbane, choć stare miasto to nadal wiele budynków w ruinie. Jest fajnie:


Serwis telewizorów:


Sklepy z lokalną biżuterią:


I jeszcze hotel w nocy:



W nocy mocno pada deszcz, ale jutro ma być słóńce. I dobrze, bo jedziemy w góry.

NizwaJabal Shams

Nasze pokoje wyglądają tutaj tak:


Orientalnie, ale mało praktycznie. Jemy hotelowe śniadanie i wyjeżdżamy. Po drodze Wadi Ghul:





Jest coraz bardziej dziko:




Jedziemy dalej, droga coraz węższa i mniejszy ruch:


Nagle zaczyna się bardzo stromy wjazd w górę, ale ciągle asfaltem. U góry widoki jeszcze ciekawsze i znacznie chłodniej:




Potem asfalt się kończy, ale droga nadal jest wygodna i dobrze ubita. Być może dlatego, że w nocy padało na tyle, by teraz nie było pyłu, ale nie aż tyle by było błoto. Bez asfaltu jedzie się tylko jakieś 7-8km, nie pamiętam dokładnie:



Ruch jest niewielki. To nas zmyliło i zamiast na punkty widokowe pojechaliśmy drogą w kierunku szzytu, gdzie jest zamknięta baza wojskowa. O tyle gorzej, że nie była zamknięta brama i wjechaliśmy za daleko i za wysoko. Problemów na szczęście nie było.
O dziwo dalej zaczyna się asfalt, być może z powodu kilku droższych hoteli które znajdują się blisko krawędzi kanionu. Dojazd do ostatniego punktu widokowego też jest znowu bez afaltu, ale to może 800m. Jedynie tutaj napęd na 4 koła mógłby się przydać i to bardziej z powodu odsłoniętych śliskich skał po których się jedzie. Przy tym punkcie widokowym jest niewielka osada, wygląda jak Afganistan z filmów, dookoła chodzą kozy. To miejsce, gdzie da się wejść na szlak prowadzący ścianą kanionu. Na górze bardzo mocno wieje i jest poniżej 10C (w mediach w ciągu ostnich 2tyg było kilka dni z śniegiem w wyższych partiach gór). Jednak gdy wejdzie się na szlak trawersujący na ścianie kanionu jest się osłoniętym od wiatru, a skały są wygrzane słońcem, jest ciepło i przyjemnie:





Szlak jest bardzo fajny. Aż szkoda, że z dziećmi nie możemy iść nieco dalej. Lokalni mieszkańcy też chodzą po górach:


Kozy idą na spacer:


Stajemy przy kolejnym punkcie widokowym, ale wieje jeszcze bardziej. Na tyle, że boję się stać przy krawędzi:



Kozy są wszędzie:


Na krawędzi kanionu jest dosyć pusto. Zbieramy się do powrotu:





Po drodze do Nizwy stajemy jeszcze w Tanuf. Są tu ruiny wioski zbombardowanej przez RAF w latach 50tych, chyba w celu stłumienia protestu przeciw sułtanowi. Generalnie nic ciekawego, ale było po drodze:



Widok na "przepływające" obok wadi:


W Nizwie dziś mamy inny nocleg, bo na ten dzień było coś sensownego tańszego. Wnętrza także fajne, wszystko w zasięgu spaceru od najciekawszych miejsc:


Dziś za to Andrzej śpi w miejscu gdzie my spaliśmy wczoraj. Więc widok z tego samego tarasu, ale z bezchmurnym niebem:


Idziemy na większy spacer po centrum Nizwy. Wąskie uliczki i stare budynki, niestety w dużym stopniu nadal zdewastowane:



Robię tylko zdjęcie dziedzińca lokalnego fortu bo szkoda mi 50zł za bilet:


Lokalny souq jest bardzo czysty i zadbany:



MuskatMuskat

Rano idę do bankomatu i na zakupy. Świecie piękne słońce, ale jest chłodniej. Nizwa jest fajna, bo czuć klimat starego miasta, czuć kulturę, a jednocześnie widać większą infrastrukturę dla turystów. Jest czysto i bardzo bezpiecznie. Żal wyjeżdżać.






Do Muskatu jest blisko, cała trasa autostradami. Szukamy więc sposobu by po drodze jeszcze coś zobaczyć. Jabal Akhdar odpada, bo jest tam posterunek sprawdzający czy samochód ma napęd na 4 koła.
Decydujemy się na fort w Nakhl. Jak będzie dobrze szło może pojedziemy tą trasą dalej. Dobre opinie ma wioska Wakan, ale dojazd tam zabrałby nam wiele czasu. Szkoda. Oman ma wiele fajnych miejsc, do których dostęp jest ciężki. W tym chyba najbardziej znany trasa Wadi Bani Awf przez góry. Wymagany jest 4WD i potrzeba dużo czasu, a po drodze raczej słabo z miejscami na nocleg i wcale się nie dziwię, że podróżowanie z namiotem jest tutaj bardzo popularne. Dodatkowo jest problem z mapami. W google jest wiele błędnych lub nieaktualnych informacji. Infrastruktura drogowa szybko się poprawia, a mapy nie nadążają. W sieci czytam, że ludzie korzystają z kilku aplikacji z mapami na raz bo każda ma coś czego nie ma inna. Jest też dobra książka z trasami 4WD. Po drodze widoki ciekawe:


Gdy dojeżdżamy do Nakhl okazuje się, że fort jest w remoncie i jest zamknięty :(


Jemy coś i jedziemy do Muskatu. W planie wielki meczet i opera, bo to architektura ciekawa i nietypowa. Niestety pomimo, że jak na razie wszędzie dookoła widać słońce, nad samym Muskatem są ciemne chmury i wieje. Śmieszne, bo dookoła naprawdę widać, że jest słońce. Meczet okazuje się być zamknięty dla turystów. Ci mogą wchodzić tylko przed południem. Robię jakieś zdjęcia z zewnątrz:




Opera to odjazd. Cała w bieli i z rozmachem. Niestety pełen urok raczej przy czystym niebie i najlepiej zachodzącym słońcu. U nas wygląda to tak:


A mogłoby tak:


Sułtan Kubus był melomanem, kochał muzykę klasyczną. Pasję przywiózł z Europy, otworzył uczelnię muzyczną, ściągnął wykładowców, chciał mieć operę i oto jest. Co dziwne opera łączy się klimatyzowanymi przejściami z centrum handlowym wyspecjalizowanym w drogich markach oraz takich:


To już mi się mniej podoba. Za resztą lokalnej waluty robimy jeszcze zakupy. Odwozimy Andrzeja do jego hotelu w centrum, bo on tu zostaje i następnego dnia wieczorem ma lot do domu. My jedziemy jeszcze 70km w stronę granicy z Emiratami by następnego dnia mieć bliżej. Trafiamy na wieczorne korki i cieszymy się, że ominiemy poranne. Dzień dotychczas najmniej udany.

DubajZnowu Dubaj

Wyjeżdżamy około 8:30. Długa droga przed nami, jednak autostradą do granicy z Emiratami jedzie się bardzo szybko, bo ruch jest niewielki. Kusi mnie by zjechać jeszcze do Ar-Rustak, gdzie jest co oglądać, ale rozsądek wygrywa i jadę dalej. Mamy niewiele paliwa i okazuje się, że na tej autostradzie jest niewiele stacji benzynowych. Tankuję więc na pierwszej napotkanej, a to stacja mobilna w formie samoobsługowego kontenera. Obok punkt gastronomiczny:


Przy odbiorze samochodu okazało się, że rzeczywiście nie możemy wyjeżdżać z UAE przez inny punkt niż przejście graniczne w Hatta, ale wbrew temu co nam pisano, moglibyśmy wracać innym przejściem w Al Ain. Pozwoliłoby to ominąć Dubaj w drodze do Abu Dhabi i ogólnie odwiedzić nieco inną część Omanu po drodze. Ale pewnie skomplikowałoby to kwestie podróży Andrzeja i pewnie by się na nią nie zdecydował. Podróż idzie dobrze. Jest słońce ale na zewnątrz na tyle chłodno, że nie muszę korzystać z klimatyzacji. Gdyby nie ograniczenie prędkości do 120km/h i radary co mniej niż 1km dałoby się jechać szybciej. Samochód ma sygnał alarmowy gdy prędkość dochodzi do 120km/h, ale po przekroczeniu tej prędkości sygnał milknie. Nie wiemy jaki procent tych radarów to atrapy. W pewnym momencie zauważyłem w lusterku szybko zbliżające się samochody, zjechałem na jeszcze wolniejszy pas by zrobić im więcej miejsca. To były 3 identyczne samochody jadące blisko siebie ponad 150km/h. Gdy mijały radar zobaczyłem 3 szybkie błyski, więc jednak to nie tylko atrapy :)
Przejazd przez granicę jest dużo szybszy w tę stronę. Nie musimy wysiadać do kontroli Omańskiej, nie musimy załatwiać już żadnych formalności. Mamy pecha przy stanowiskach po stronie UAE, bo zamykają jedno z nich bezpośrednio przed nami i sugerują by zaparkować i iść do okienka wewnątrz budynku (jak dla pasażerów autokarów). Tracimy na tym z 20-30min, ale to i tak nic w porównaniu z czasem jaki zajęły nam granicę przy wjeździe do Omanu. Potem jeszcze tylko przejazd przez góry i wygodny odcinek prosto do Dubaju. W większości droga wyglądała tak:


Śpimy znowu w ParkInn ale tym razem przy centrum handlowym Dragon Mart. Nazwa jest nieprzypadkowa, bo pełno to ludzi z Chin, a my już wiemy o szalejącym w Chinach koronawirusie. Personel w maseczkach i rękawiczkach, tego nie było gdy wyjeżdżaliśmy do Omanu. W recepcji bardzo dużo rodzin z dziećmi. Hotel okazuje się być prawie nowym, może dlatego był w dobrej cenie (około 250zł z śniadaniem). Pokój jest świetny, bo duży i ma składane ściany do łazienki przez co optycznie można go mocno powiększyć. Bardzo fajna aranżacja. Odpoczywamy chwilę i ruszamy zwiedzać, bo pora jest jeszcze wczesna. Myślałem, że nasz nocleg jest na przedmieściach ale dojazd do Dubaj Mall zajmuje nam zaledwie jakieś 10min. To wybitnie samochodowy kraj (Oman zresztą też), nie wyobrażam sobie tutaj zwiedzania bez samochodu, bo metro nie jest zbyt rozwinięte i główna linia prowadzi wzdłuż głównej szerokiej drogi, więc oznacza to długie dojścia. Po drodze jedziemy przez totalne nieużytki, połacie piachu sąsiadujące z nowymi wieżowcami. Tak wygląda Dubaj, pustego miejsca jest tutaj bardzo dużo:


W Dubaj Mall odwiedzamy na szybko główne atrakcja:




I wychodzimy na zewnątrz by zgodnie z planem posiedzieć tu do zachodu słońca. Darujemy sobie wjazd na Burj Khalifa. Zadowolimy się fontannami na dole



Trzeba przyznać, że Dubaj kwestie wizerunkowo-marketingowe ma dopracowane do perfekcji. Robi to bardzo dobrze. Każde ciekawe miejsce jest dobrze nagłośnione fajną muzyką. To sprzyja samopoczuciu i ... wydawaniu pieniędzy. Generalnie nic specjalnego tu nie ma. Większość atrakcji jest płatna i to obficie, głównie to różnego rodzaju parki rozrywki. Dubaj pierwsze wrażenie ma świetne, ale po 2dniu można się nudzić. Szczególnie po Omanie i jeśli nie ma się dużych zapasów gotówki.





Wracam do centrum handlowego po jakieś jedzenie, kilometry sklepów, masakra:


Apple Dubai Mall, oczywiście z rozmachem:


Słońce jest już nisko. Pokazy fontann i świateł są fajne. Dzieci zachwycone i nie chcą wracać do hotelu. Musimy czekać na kolejny pokaz:








Przy powrocie do hotelu drogi są bardzo zapchane, jedzie się wolniej, ale korków nie ma. Generalnie nie widzę tu wypadków i kultura jazdy jest bardzo wysoka.

Abu DhabiAbu Dhabi

Rano idziemy na śniadanie. Jest fajne. Spotykamy parę z Polski. Fajni i mili. Podróżowali po Azji, ale by uniknąć ograniczeń wynikających z koronawirusa przeorganizowali podróż i dotarli tutaj. Bardzo aktywnie, a byli znacznie starsi od nas. Brawo :) Dziś nie musimy się spieszyć. Jedziemy do Abu Dhabi, gdzie spędzimy 2 noce w tym samym miejscu (drugi i ostatni raz podczas tej podróży). Jedziemy obwodnicą Dubaju, jest słońce i ciepło od rana. Miasto ledwo widać w żółtej chmurze smogu. Po drodze tankujemy. Bliżej AbuDhabi pierwszy raz autostrada z dopuszczalną prędkością 140km/h.
Bardzo chciałem zobaczyć coś z toru F1. Ferrari World można sobie darować, by w ogóle dojść, trzeba przejść przez centrum handlowe.
Próbowałem w jakikolwiek sposób zobaczyć tor F1, ale są na nim jakieś zamknięte testy, nigdzie nie dałao się wjechać, udało mi się tylko tutaj, pod hotel:


Szkoda, że nie wstrzeliliśmy się z dniami na darmowe bieganie lub jazdę na rowerze po torze (zapewniają nawet rowery).

Kolejny punkt to Wielki Meczet Szejka Zajida. Jak na budowlę z takim rozmachem, takim budżetem i takimi możliwościami lokalnej gospodarki wypada średnio. Domyślam się, że podziemne olbrzymie parkingi i wielkie klimatyzowane przestrzenie pod ziemią pochłonęły sporą część kosztów. Reszta nie straszy, ale też nie zachwyca. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że na tle meczetu w Muscacie ten wygląda nieco kiczowato:









Potem jedziemy do hotelu. Ernestowi strasznie chce się sikać, ale udało się dojechać na czas.
Tutaj mamy duży apartament, z salonem, 2 sypialniami z osobną łazienką każda i 2 kuchniami. Udało się wstrzelić w booking w jakąś promocję. W cenie mamy z 100m2, śniadania, a nawet bezpłatny parking w strefie. Mamy bardzo blisko do lokalnej plaży i promenady:



Potem idziemy jeszcze pochodzić po mieście, bo musimy kupić syrop na kaszel dla dziecka. Brzmi jak zapalenie krtani. Kaszel straszny, szczególnie w nocy. Ale tylko kaszel, bo poza tym na szczęście świetny nastrój.



Nie wiem dlaczego, ale na ulicy tutaj czuję się jakbym był w .. Melbourne.
Pierwsze wrażenie jest takie: co my tu będziemy robić przez 2dni i 2noce? Jest bardzo spokojnie, wręcz nudno. Nie dziwię się, że ludzie wolą pracować i mieszkać tutaj, a nie w Dubaju.

Abu DhabiAbu Dhabi dzień 2

Następnego dnia dzień zaczynamy od hotelowego śniadania. Jest ok. W hotelu widzimy sporo ludzi z Chin, nie kaszlą. Później jedziemy do Heritage village, to forma skansenu, zbudowana na niby wioska pustynna, z mini fortem, namiotami i tradycyjnymi łodziami na plaży. Są wielbłądy i można sobie z nimi zrobić zdjęcie, są też stragany z pamiątkami :) Dzieciom się podobało, a mi jedynie nietypowy widok na miasto:




Robimy jeszcze kółko dookoła Etihad Towers (wrócimy tu wieczorem):


Główny plan na dziś to Louvre Abu Dhabi. Zbiory nie są specjalnie imponujące, ale sam budynek to mistrzostwo autorstwa Jeana Nouvela. Jeden z ciekawszych budynków jakie dane mi było oglądać. Z zewnątrz widać głównie ogromną kopułę pokrytą wzorami arabskiej mozaiki. Spod kopuły wychodzą niewielkie śnieżnobiałe budynki. Na planie widać, że nawiązują one do tradycyjnego arabskiego miasteczka. Pod kopułą pomiędzy budynkami ukryte są place. Cały układ funkcjonalny z ekspozycjami jest wciśnięty w te małe domki. Wydawałoby się, że utrudni to zwiedzanie, ale nic bardziej mylnego. Jest naprawdę fajnie. Nie wnikałem w zakładaną symbolikę, nie lubię czytać co autor miał na myśli.


Wnętrza też są ciekawe:










Co ciekawe bilet zdaje się być w rozsądnej cenie - około 60zł. Przy "atrakcjach" Dubaju to wręcz śmiesznie niska cena. Nie da się nie zauważyć, że zwiedzający też są nieco inni niż w Dubaju.
Otoczenie muzeum jest gustowne i zadbane:



Żal było wychodzić, ale przed zachodem słońca chcemy jeszcze odwiedzić Hotel Emirates Palace. Chwalą się tym, że to najdroższy hotel świata. Zwiedzać można ogrody od frontu oraz hol wejściowy.





Dużo ludzi, generalnie szaleństwo w negatywnym tego słowa znaczeniu. A sam hotel to niestety kicz. W pobliżu jest też pałac prezydencki. Można go zwiedzać, ale trzeba chyba wcześniej rezerwować. Darujemy sobie. Wracamy na plaże w okolice naszego hotelu:







Dzieci miały radość, jeszcze plac zabaw i wracamy spacerem do hotelu. Wczoraj myślałem, że zanudzimy się tutaj. Ale dziś widzę, że Abu Dhabi ma klimat, jest tu życie. Nie ma tej sztuczności którą razi Dubaj. Nie trzeba wszędzie jechać samochodem, centrami dzielnic nie są centra handlowe. Miasto jest bardziej zwarte, można iść do sklepu na piechotę, na chodnikach są ludzie. W pewnym momencie poczułem jakbym tu kiedyś był i to skojarzenie wiązało się chyba z ulicami Melbourne.


DubajZnowu Dubaj, po raz 3

Spokojnie jemy śniadanie. Pakujemy się i wracamy do Dubaju. Tym razem inną trasą by po drodze odwiedzić Dubai Marina. To miejsce jest daleko od centrum miasta, jakieś 25km od starego Dubaju, nie opłacało się przyjechać tu wcześniej. Przejazd sprawny i szybki. Mijamy jedną z stacji tutejszej bardzo rozległej linii metra. Metro niby jest, ale działa słabo, główna linia prowadzi wzdłuż autostrady będącej osią nowej części miasta. Niestety z stacji metra wszędzie jest daleko. Trzeba więc i tak dojeżdżać autobusami. Co gorsze spacerując nie da się przejść przez stację metra na drugą stronę autostrady (a przynajmniej na stacjach gdzie próbowałem). To już jest bardzo nieprzemyślane.


Jest się więc skazanym na samochód, ale dzięki wysokim mandatom, wszechobecnym kamerom i radarom jest bezpiecznie i jazda jest płynna. Są jednak problemy z parkowaniem. Jedną z opcji parkowania bez opłat są centra handlowe. Z takiego też tutaj korzystamy i wychodzimy na spacer. Jest bardzo gorąco pomimo, że pora wczesna. Poza wysokimi budynkami i wodą nie bardzo jest co oglądać. Uznałem, że wjedziemy na szczyt jakiegoś wysokiego budynku i wracamy.


Na mapie odległości wydają się małe, ale spacer mocno nam się wydłuża. Pewnie są lepsze miejsca, ale wjeżdżamy do restauracji na szczycie Marriotta. Hotel nie jest najnowszy, widać trochę kiczu sprzed lat, ale też ceny nie są wysokie. Pijemy kawę i uciekamy:



Uznaliśmy, że z dziećmi dojśćie do samochodu zajmie nam za dużo czasu, więc wracam po samochód sam i odbieram resztą w okolicach hotelu. Jedziemy zameldować się w hotelu, tym razem Holiday Inn Express Dubai - Safa Park w zasięgu spaceru do Burj Khalifa. Planowaliśmy fontanny na wieczór, bo dzieciom się podobało, ale z uwagi na zagrożenie wirusem rezygnujemy z tego planu. Hotel ma dobrą relację jakości i lokalizacji do ceny. Robimy krótki odpoczynek i jedziemy w okolice Burdż al-Arab. Nie bardzo jest jak podjechać, a przy oficjalnym wjeździe do hotelu spory tłum turystów. Ciężko nawet zrobić normalne zdjęcie:


Wieczór chcemy spędzić na plaży Jumeira, ale ciężko o parking i bardzo dużo ludzi, głównie hindusów. Plaża jest wielkim rozczarowaniem w stosunku do La Mer czy plaż Abu Dhabi:



Wieczorm robię sobie jeszcze spacer z naszego hotelu w stronę Burj Khalifa Lake. Przestrzeń pod autostradą wygląda fatalnie. Niby coś starają się robić by zrobić tam coś atrakcyjnego wzdłuż Dubai Creek, chyba trochę wzorem Singapuru, ale marnie im to idzie:



Dużo pustych przestrzeni i fatalna infrastruktura dla pieszych. To nie jest dobre miejsce do mieszkania. Pomiędzy niby fajnymi budynkami często można zobaczyć puste niezagospodarowane i pokryte piachem działki. Tu nie ma życia.


Wracam do pokoju. Idę sam, a nie ma nawet 22:00. W pewnym momencie widzę, że jedzie za mną policja. Trzymają spory dystans, ale jadą tempem takim jak ja idę więc z całą pewnością chodzi o mnie. Po kilku minutach podjeżdżają patrzą na mnie z bliska i ... odjeżdżają. Uff. Dziwnie się poczułem, ale to znak, że jest tu bezpiecznie (co pokrywa się z powszechnymi opiniami o Emiratach). Idę spać w przeświadczeniu, że zdecydowanie 2dni na Dubaj to nie jest za mało, a być może nawet za dużo.

Al-Hamraodpoczynek na koniec

Rano jemy śniadanie i wracamy w okolice Al-Hamra gdzie musimy oddać samochód. Jest fajna pogoda, piękne słońce i rześkie powietrze. Na pożegnanie widok sprzed hotelu w stronę Burj Khalifa:


Przejazd bezproblemowy, trasą którą już znamy. Samochód musimy oddać w recepcji Hilton Al Hamra, ale ostatnią noc śpimy w pobliskim Al Hamra Village. To też miejsca noclegowe dla turystów charterowych. Po drodze robimy jeszcze większe zakupy, trochę czyścimy wnętrze samochodu i tankujmy do pełna. Udaje nam się zameldować w hotelu na długo przed oficjalną godziną check-in, fajnie. Tym razem mamy całe piętro fajnego domku. Ten potwór na horyzoncie to Waldorf Astoria. Wygląda strasznie i chyba nawet za darmo bym nie chciał tam spać.


Okazuje się, że nasz hotel to nie tylko domki, ale też pokoje w tym strasznym budynku i tam też mamy naszą część plażową. Na szczęście śniadanie mamy w naszej okolicy. Rodzina odpoczywa, a ja jadę oddać samochód. Przejechaliśmy jakieś 3000km w tym sporo w piaszczystym terenie, co widać w kolorze brudu opon i nadkoli. Czytałem tutaj, że każde małe zadrapanie to szkoda i utrata części depozytu, a że samochód nie jest nowy to tych zadrapań jest sporo, a nie wszystkie było widać na czystym lakierze. Straciłem rachubę co było. O dziwo wszystko przebiega ultra sprawnie i nie ma żadnych uwag. Nie działa system rejestrujący przejazdy przez płatne bramki na drogach, więc nie wiem ile muszę dopłacić. Ściągną mi z karty jak system ruszy. Resztę dnia spędzamy na lenistwie i spacerach:


Gdy wracamy okazuje się, że mamy w pokoju powódź. Coś kapie z sufitu, ekipa uznaje, że jest przeciek z rury i potrzebują więcej czasu. Dzieci już śpią, więc nie chcemy zmieniać pokoju i umawiamy się na kolejny dzień.

Al HamraAl Hamra

Śniadanie jest raczej słabe. Dziwne, bo w Dubaju lub Abu Dhabi było lepiej nawet w tańszych hotelach. Mamy dużo czasu, nie spieszymy się. W sumie to ta awaria bardzo nam pasuje. Checkout mamy wcześnie, a wylot późno wieczorem. W recepcji dogadujemy się na późny checkout jako rekompensatę za problemy z rurą. Idziemy na długo spacer. Plażowania nie lubię, a tutaj jest wybitnie nudno:


Po południu pakujemy się i odpoczywamy. Widzę, że z karty zeszły mi opłaty za płatne drogi, wyszła jakaś śmieszna kwota rzędu kilkanaście złotych. Spodziewałem się przynajmniej 2x więcej, ale szczerze mówiąc poza wjazdem do Abu Dhabi nie wiem gdzie były płatne bramki.
Na lotnisko RAK jedziemy taksówką. Wszystko jakoś jak na złość idzie szybko, więc gdy dojeżdżamy nie ma jeszcze możliwości odprawy na nasz lot. Jest bardzo dużo ludzi na wcześniejsze loty charterowe do Polski. Wszyscy grzecznie stoją w kolejkach. Lotnisko w Ras jest tragiczne, właściwie nic tu nie ma, nie ma gdzie usiąść. Znajduję na piątrze jakąś małą restauracyjkę. Wygląda dziwnie i może dlatego jest pusta. Idziemy tam i zamawiamy jakieś jedzenie za gotówkę jaka nam została. Siedzimy tam z 1,5h i o dziwo żaden z pasażerów tu nawet nie zagląda, wszyscy grzecznie stoją w kolejkach do odprawy. Schodzimy na dół dopiero jak znika kolejka do naszego lotu, odprawiamy się jako ostatni i idziemy do airside. Dobrze, że trafiliśmy tam późno, bo tam też nie ma gdzie usiąść. Po cichy linie odeszły od latania dookoła Iranu i Iraku więc lot powrotny mamy już bezpośredni bez międzylądowania na Cyprze. O dziwo samolot jest prawie pełny ale nam na 4 osoby trafia się 6 miejsc. Dzięki temu daje nam się dobrze wyspać i o bardzo wczesnym poranku dolatujemy do Poznania.
Gdybym wiedział, że za miesiąc świat zostanie zamknięty to sięgnąłbym głęboko do kieszeni i wybrał podróż dookoła świata z dłuższym pobytem na Pacyfiku. Ale nie wiedziałem więc i tak cieszę się, że udało się wykorzystać dobrze te ostatnie tygodnie swobody :)