SAO MIGUEL 2019 Azores An interactive map

LizbonaLizbona

Przed wylotem zmroziło mnie gdy spojrzałem na prognozy pogody. Zimniej i bardziej mokro niż w PL. Dodatkowo dzień przed wylotem wracając rowerem z pracy przeleciałem przez kierownicę jadąc z 3km/h (mam nadzieję, że nikt tego nie nagrywał).
W Poznaniu żadnej kolejki do security, ale jak już rozłożyliśmy się do kuwetek pojawił się jakiś pijany facet który krzycząc, że ma priority zaczął fizycznie się wpychać i przestawiać nasze rzeczy. Wyciągamy karty DC, które w Poznaniu też dają priority, ale personel całe zdarzenie ignoruje, nasze priority także. Ten sam pijany przy security gubi laptopa i robi o to później aferę, by następnie zrobić dym w saloniku przebiegając przez recepcję (twierdził, że powinni go już znać). Dziwi mnie brak reakcji służb, które po to są by takie sytuacje wyłapywać zanim ktoś zacznie sprawiać większe problemy.
Przesiadka w FRA typowa, czyli nieprzyjemnie długi dojazd autobusem do terminala, ale na szczęście boarding do LIS z rękawa.
Gdy dolecieliśmy do LIS było zgodnie z prognozami zimno i mocno padał deszcz. Dolot z FRA opóźnił się i byliśmy zmęczeni. Jedziemy do apartamentu który wcześniej 2x nam odwołano. Piszę na wskazany kontakt, że będziemy za 20-30min, a tu odpowiedź, że nocleg nieaktualny i mamy jechać w inne miejsce, które na mapie widzę jest gdzieś na przedmieściach i nawet nie pomieści 4 osób. W telefonach mamy po 10% baterii, na zewnątrz pogoda w stylu polski listopad. Stoimy na stacji metra, dzieci już prawie plączą, a my myślimy co dalej. Dodzwonić się do hotels.com już nie mogę. Pamiętając ich czas reakcji, chyba nawet nie chcę. Wcześniej taką sytuację miałem tylko raz w NY w 2009. Patrzę na możliwe noclegi w okolicy na hotels.com. Na kolejne 3noce na które nie mamy gdzie spać ceny zaczynały się od około 1000e. Na booking jest lepiej, ale wybór zajmuje nam sporo czasu. Ostatecznie rezerwujemy apartament za 800zł za noc w nieco gorszej lokalizacji, a tak i jest to najtańsza sensowna opcja która pozostała (czyli 2,5x drożej niż nasza pierwotna rezerwacja). Apartament okazuje się całkiem ok, w sumie poza stresem i straconym czasem chyba dobrze na tym wyszliśmy.
Tego dnia nie mamy już siły na nic. Kolejnego od rana pada więc nie mam ciśnienia na wyjście (choć nigdy nie byłem w Portugalii). Według prognoz po południu ma być lepiej i rzeczywiście najpierw przestaje padać:




a potem wychodzi nawet słońce. Tego dnia zwiedzamy wschodnią część centrum:




Następnego dnia rano także pada i to nawet mocniej, ale potem wychodzi słońce i robi się ciepło. Wychodzimy późno i skupiamy się na zachodniej części centrum:



Centralna dzielnica czyli Baixa to totalna masakra. Tłumy turystów, dużo autokarów, zero klimatu. Generalnie Lizbona mnie nie zachwyca, choć nie jest tak źle jak w Barcelonie. Po wschodniej stronie podobają mi się okolice Graca (bo widoki i spokój) oraz ciekawej jest po stronie zachodniej:




Gdyby nie sporo fajnego graffiti byłoby smutno, ale czasem nie rozumiem treści:







Wracamy odpocząć:


A wieczorem wychodzę sam:






Vila Franca do CampoLecimy na Azory

Wiedziałem wcześniej, że da się dolecieć gratis na inną wyspę, jeśli dolatuje się do jednego z głównych lotnisk Azorów, ale z dziećmi z góry skreśliłem opcję jednodniowego zwiedzania czegokolwiek. Z bilety FR LIS-PDL-OPO zapłaciliśmy chyba poniniżej 200zł za osobę - więc raczej tanio ale niestety za infanta też.
W dniu wylotu w Lizbonie piękny słonecznych poranek (koniec deszczów akurat jak wylatujemy, kolejny deszczowy okres ma być gdy wrócimy tu znowu na koniec wypadu, super). Ryan lata w LIS z odrębnego taniego terminala. Jest biednie, woda droga. Nie dojeżdża tu komunikacja publiczna, trzeba dojechać do głównego terminala z którego kursuje wahadłowo dedykowany autobus, akurat trafiamy bez czekania.
Podczas startu fajny widok na Lizbonę:


Przelot typowy. Widziałem w prognozach i bezpośrednio przed wylotem, że w Ponta Delgada pogoda taka sobie. Tam generalnie często pada, ale dziś mocno wieje i niski pułap chmur. Kilka lotów zostaje przekierowanych na sąsiednią Santa Maria. Nasz jest chyba pierwszym który ląduje tam gdzie powinien. Mamy szczęście. Odbieramy samochód, trafia nam się Renault Captur z małym przebiegiem i jedziemy zrobić zakupy w pobliskim centrum handlowym. Pogoda nie rozpieszcza, mocno wieje i pada. Okazuje się, że Ernest ma gorączkę, jednak nie mamy szczęścia :)
Jak Azory to przyroda, dlatego nie chcieliśmy nocować w mieście (tym bardziej, ze tu i tak trzeba mieć samochód). Dodatkowa Ponta Delgada znajduje się raczej w zachodniej części wyspy, gdzie jest tylko kaldera Sete Cidades, szukaliśmy noclegu bardziej w centrum wyspy, by ograniczyć niepotrzebne dojazdy. Coś fajnego znaleźliśmy na obrzeżach Vila Franca do Campo, duży salon, 2 sypialnie i własny ogródek z świetnym widokiem za około 300zł za noc. Mamy zapas czasu do umówionego checkin, jedziemy więc wolniejszą drogą i zaczyna nam się podobać, nawet pogoda zaczyna się poprawiać.


Nocleg jest ok. Nieco skromne wyposażenie kuchni, ale powierzchnia ogromna. Dużo owadów latających i mrówki nie tylko w kuchni, ale nawet w pościeli. Chcieliśmy przyrodę, no to mamy :) Wieczorem wychodzi nawet słońce. Widok z naszego tarasu-ogródka:

Vila Franca do CampoNordeste

W nocy gorączka u Ernesta wzrosła, ale bez dramatu. Rano jest nieco lepiej i nadaje się do jazdy samochodem. W planie na dziś Furnas i okolice. Tylko około 16km, ale gdy tylko wyjeżdżamy nieco wyżej jesteśmy w poziomie chmur i mamy ciemną mgłę. Roślinność jest zupełnie inna, klimat niesamowity. Gdy dojeżdżamy do Furnas nagle wychodzi słońce.



Miejsce docelowe, czyli park Terra Nostra jest jeszcze zamknięty. Jedziemy kupić coś na mieście i wypić kawę. Miasteczko jest fajne. Spokój, przyroda, czyste powietrze, ładne widoki. Taki raj niemieckiego emeryta:


Parkujemy przy Terra Nostra Garden Hotel, hotelu który graniczy bezpośrednio z parkiem i ma zniewalające widoki z okien. Widać tam głównie emerytów. W sieci widzę, że na najbliższe tygodnie noclegi zaczynają się od 200E. Pewnie poza sezonem da się taniej.
Wchodzimy do parku. Ernest nie ma siły chodzić przez chorobę, a młodsza Elena już w Lizbonie odmówiła korzystania z wózka, więc zwolniło się miejsce rekreacyjne i nie mamy problemu z poruszaniem się po parku. Jak będę stary przyjadę tu na cały miesiąc :) O ile to miejsce nadal będzie omijać masowa turystyka, w co zaczynam wątpić, bo już widzę potencjał jest ogromny:










Nie mamy koncepcji, gdzie jechać dalej. Nie wiedzieliśmy, że aktywne ciepłe poletka są przy jeziorze, bo nie zdążyliśmy się jakoś specjalnie przygotować do wyjazdu. Dzieci zasypiają więc mamy wolną rękę i po prostu jedziemy przed siebie dalej na wschodnią stronę wyspy. Czasem mam wrażenie, że nadal jestem w ogrodach Furnas:


Nagle mamy przed sobą widok na Povoacao:


Widoki świetne:


Zatrzymujemy się gdzieś na nabrzeżu, jak widać tłumów nie ma, tylko nasz samochód:




Kółko przez wschodnią część wyspy i miasteczko Nordeste mam w planie na inny dzień, ale fajnie się jedzie więc jedziemy dalej:


Zatrzymujemy się na dłużej przy Miradouro da Ponta do Sossego - jednym z bardziej znanych punktów widokowych w tej części wyspy:



Jakoś tak dojeżdżamy do Nordeste. Nie miałem świadomości, że wyspa jest tak mała. Idziemy coś zjeść i kolejne zdziwienie. Za duże danie płacimy tylko 3,5e:


Samo miasto jest bardzo małe, ale ciekawe. Turystów nie widać:



Drogi są świetne. Jeździ się rewelacyjnie, ruch jest niewielki. Coraz bardziej wracają wspomnienia z Nowej Zelandii. Zatrzymujemy się przy kilku małych wodospadach, ale bez rewelacji. Trochę żałuję, że nie ominęliśmy te gdzie trzeba dalej dojść.
Dojeżdżamy do Parque Natural da Ribeira dos Caldeirões. Dawny kompleks młynów w urokliwej dolince, fajne wodospady:



Na dziś to wszystko. Objechaliśmy więcej niż się spodziewałem i to z chorym dzieckiem :) Widząc na FB gdzie jesteśmy, wieczorem odezwał się KubaB i mocno nam pomógł w doborze miejsc do zwiedzania na kolejne dni. Małemu wieczorem znowu gorączka rośnie, ale za oknem fajny widok. Zdjęcie kwadratowe, bo żona Monika nie autoryzowała siebie na tym zdjęciu i musiałem ją wyciąć:


Wysepka w oddali to wyspa Vila Franca do Campo. Naturalna laguna o pochodzeniu wulkanicznym na którą można dopłynąć stateczkiem. Dawniej była tam jakaś mini baza militarna. Przyznam, że oczekiwania miałem spore, ale już pierwszy cały dzień zrobił na mnie wrażenie. Miejsce jest unikatowe.

Vila Franca do CampoSete Cidades

Kolejnego dnia od rana piękne niebieskie niebo. Pogoda dziś ma myć najlepsza. Ale już wiem, że jest ona kapryśna i lokalnie może być zupełnie inna i bardzo szybko się zmienić.
Ernest znowu w nocy miał nieco wyższą gorączkę, ale rano jest lepiej. Jak będzie okazja odwiedzimy jakiegoś lekarza.
W planie na dziś Sete Cidades, czyli najdłuższa trasa na zachodni skraj wyspy. Pomiędzy Vila Franca do Campo, a Ponta Delgada jest praktycznie autostrada, jedzie się bardzo szybko. Omija się Ponta Delgada. Dalej pojawiają się małe górki, typowe dla obszarów aktywnych wulkanicznie:


Zanim dojeżdżamy pojawiają się pierwsze chmurki, ale tylko tutaj, być może z powodu większej wysokości:


Po drodze punkt widokowy Miradouro da Grota do Inferno. Jest znacznie zimniej niż na poziomie morza, choć nie ma dużej różnicy w wysokości.






Po drodze na parking jeziorko Lagoa do Canario:



Jedziemy dalej w dół kaldery:



Widoki bardzo jak w Nowej Zelandii. Cieszą oko jak cholera. Czysta sielanka:





Wyjeżdżamy w kaldery w stronę zachodnią na skraj wyspy w stronę Mosteiros:



A to już widoki z okolic miasteczka Capelas w stronę wschodniej części wyspy. Trasa świetna, ale zrobiłem mało zdjęć bo szukaliśmy namiarów na lekarza w Ponta Delgada:



Dojeżdżamy do plaży Santa Barbara. Największa na wyspie i chyba jako jedyna nadaje się do surfowania:





Ernest odżył, rezygnujemy z lekarza:


Jemy obiad w pobliski mieście Ribeira Grande, gdzie przy okazji dostaję mandat za parkowanie, całe 2E (po prostu muszę zapłacić za cały dzień). Jest dużo taniej niż w Lizbonie. Za spory obiad dla 3osób płacimy około 12-13E.
Jedziemy w górę do gorących źródeł Caldeira Velha. To zaledwie kilka minut jazdy i zupełnie inne roślinność, inny klimat:




Mamy szczęście, bo duży samochód cieżarowy z naczepą zablokował się na zakręcie całkowicie tamując ruch, ale my zaparkowaliśmy po właściwej stronie. Jedziemy w górę, by przez centralny masowy na wyspie przejechać na jej drugą południową stronę. Na szczycie jest jeziorko Lagoa do Fogo, niestety przykryte czapeczką z chmur:


Widoki i tak fajne:


Na koniec jeszcze widok z naszej sypialni:

Vila Franca do CampoFurnas i plantacje herbaty

Następny dzień zaczynamy od Furnas, tym razem tylko okolice jeziora Furnas z obszarami aktywności geotermalnej. Po drodze znowu fajny widok na neogotycki mały kościół Ermida Nossa Senhora das Vitorias.



Główna atrakcja przy Lagoa das Furnas to jednak pola z ciepłym błotem i bąbelkami:


Ernest jest już zdrowy, ale tak go drażni zapach siarki, że nie chce wyjść z samochodu. Okolica też jest fajna, znowu skojarzenia z Nową Zelandią. Jakieś ryby sprawiają wrażenia posiadania dziekiej chęci wyjścia na ląd (biała piana po lewej stronie). Pewnie jakieś tarło, bo dużo było takich ryb:


Jedziemy dalej na drugą stronę wyspy omijając miasteczko Furnas. Mijamy pole golfowe i dojeżdzamy do punktu widokowego na Lagoa das Furnas, czyli Miradouro do Pico do Ferro:




Główny cel na dziś to fabryka herbaty Chá da Gorreana. Chyba już na początku XIXw gdy padły lokalne uprawy pomarańczy ktoś wpadł na pomysł upraw herbaty, której nie wyszła ekspansja do Brazylii. Na początku szło źle, ale poproszono o pomoc plantatorów z Chin i rozkręcili produkcję tak, że 2 fabryki istnieją do dziś. Zwiedzamy tę większą:






Zostaje nam dużo czasu, jedziemy więc do Ponta Delgada. To miasto jest chyba najsłabszym punkt całej wyspy. Są tam nawet blokowiska i krajobrazowo wygląda to słabo, stara część miasta jest lepsza, ale nie porywa. Krótki spacer wystarczy:


Jest sporo fajnego graffiti:



Wracamy by odpocząć. Robi się coraz bardziej słonecznie:



Jedziemy pozwiedzać okolice, na początek nabrzeże naszego miasteczka Vila Franca do Campo:



Tu pogoda zmienia się dynamicznie, bo jest już prawie upalnie. Decydujemy się by pojechać w głąb wyspy, wyżej, do jednego z małych jeziorek. 500m wzniesienia w górę w ciągu 10min podróży. Jest znacznie chłodniej, o ponad 10C. Trzeba dojechać kawałek nieutwardzoną drogą:



Lagoa dos Nenúfares (zwana też Congro) to dziwne miejsce, bo dookoła są płaskie pola uprawne, a okolice jeziorka to koło o średnicy 400m zarośniętę gęstym lasem. Samo jeziorko ma średnicę około 200m i jest zagłębione względem otaczającego terenu o jakieś 70-80m !! Zejście jest bardzo strome, ale przez gęsty las, klimatyczne. Do ostatniej chwili jeziorka nie widać. Zresztą trafia tu niewiele słońca, a w zagłębieniu skupia się zimno. Na poziomie morza prawie 30C, a tu nawet nie 15C.



Wracamy nacieszyć się widokami z miejsca gdzie śpimy, kolejnego dnia lecimy do Porto.

PortoPowrót z Azorów

Rano powoli się pakujemy. Choć z zasadzie prawie wszystko objechaliśmy żal jest wyjeżdżać. Mam ochotę na więcej. Do Ponta Delgada dojeżdżamy szybko, robimy jeszcze jakieś zakupy na drogę, tankujemy samochód i czyścimy wnętrze. Jesteśmy na lotnisku z dużym wyprzedzeniem. Zwrot samochodu wydawał się bezproblemowy do czasu gdy pani w okienku przed zwrotem depozytu zażądała 10e za ... sprzątanie wnętrza. Pan któremu oddawaliśmy samochód nic nie mówił, nie przypominam sobie takiej opłaty w warunkach najmu, do tego całkiem nieźle je wyczyściliśmy. Wkurzyłem się, wracam na parking i chcę by mi pokazali co jest brudne. Wyczyściłem kilka już wyczyszczonych miejsc na oczach pracownika, który mi zaraz powiedział, że jest ok, ale gdy pożyczają przez pośrednika to zaniżają cenę by być konkurencyjni, a potem chcą 10e od klienta by się wyrównało. Dziwna praktyka, szkoda, bo do tej pory o firmie Ilha verde miałem dobrą opinię. Samochód super, personel super.
Terminal PDL jest fajny, zwarty i prosty. Sata Lounge ma mikro powierzchnie i mikro serwis. Ale wstęp dla dzieci do 12lat gratis:


Lot RyanAir, więc bez historii. Lądowanie w Porto z widokami:


Lotniska dzielą się na takie które wydają wózki dla dzieci przy samolocie (cywilizowane) i takie, które wydają je tylko na taśmie (zacofane). jest jeszcze specjalna kategoria tych które wydają je tylko na specjalnej taśmie dla specjalnego bagażu (katastrofa). Zwykle nie jest łatwo dowiedzieć się wcześniej jak pasażerów z dziećmi traktuje konkretny port. Od tych reguł są wyjątki (np. porty w Japonii), ale to tylko wyjątki. Niestety Porto (podobnie jak Alicante i Catania) należy do tej najgorszej kategorii. Czekamy przy taśmie ponad 40minut (zwykle ta specjalna jest uruchamiana raz na kilka przylotów). Bilet tramwajo-metrem do centrum jest dosyć drogi, bo razem z kosztem karty wychodzi 2,6eur na osobę i nie ma zniżek dla dzieci powyżej 5 lat. Długo szukałem noclegu w Portu. Podróżując z dziećmi wiem, że nocleg jest kluczowy, bo spędza się w nim nieco więcej czasu. Udało mi się wyłapać na booking nowy apartament. Ledwo co dodany, więc oczywiście bez opinii, ze słabymi zdjęciami, ale w świetnej lokalizacji z widokiem na most. Już gdy dochodziliśmy na miejsce czułem, że będzie fajnie:


I miałem rację :) Właścicielka zawodowo zajmuje się śpiewaniem, daje nam wiele wskazówek, mapę z zaznaczonymi sklepami, w ogóle jest świetna. Na prawie 100m2 mamy 4 pokoje w tym dla dzieci z zabawkami i 2 duże świetne sypialnie, a salon z kuchnią ma obudowany balkon z takim widokiem:


Z ciekawości patrzę potem na booking i nasz nocleg ma już świetne opinie, profesjonalne zdjęcia i cenę .. 2x wyższą od naszej.
Jest już dosyć późno, straciliśmy 1h na różnicy czasu. Idę więc tylko sam na zakupy i krótki spacer.



Dziś pogoda jest świetna, ale od jutra ma być zimno.

PortoPorto

I rzeczywiście, przez kolejne 2 dni jest trochę słońca, ale nie wiem czy było chociaż 20C. A jest druga połowa maja. Jak na razie najcieplej było na Sao Miguel, tego się nie spodziewałem.
Najpierw zwiedzamy okoliczne place zabaw, więc zdjęć mało. Mam wrażenie, że całe życie toczy się tutaj na dole przy rzece i moście. U góry bardzo dużo opuszczonych budynków i generalnie tak sobie. Kawiarnia gdzie był pisany Harry Potter ma kosmiczne ceny i kolejka przed wejściem, księgarnia Lello, która według autorki jest inspiracją wymaga zakupu biletu by do niej wejść, a widziałem tam kolejkę na 1h stania. Nie rozumiem.
My robimy sobie zwykłe spacery:








Następnego dnia po drugiej stronie rzeki:













Mieliśmy jechać jeszcze do Bragi, ale nam się odechciało.
Jeszcze wieczorny spacer:




Następnego dnia jedziemy pociągiem do Lizbony. Przejazd bezproblemowy. Bilety promocyjne kupione z dużym wyprzedzeniem po 9,5e. Dla dziecka promocji nie było, bilet dziecięcy wypadał drożej niż dla dorosłego, kupiłem Ernestowi dla dorosłego i nikt się nie przyczepił.

LizbonaLizbona

W Lizbonie celowo zatrzymaliśmy się w miejscu z dala od turystycznego centrum i.. było o niebo lepiej. Okna mieliśmy na spory zielony skwer z knajpkami na lokalnych mieszkańców. Nieco daleko do metra, ale w zamian przystanek autobusowy i więcej sklepów w okolicy.


W planie na kolejny dzień Sintra. Większość turystów kupuje bilet całodobowy. Może to się opłaca gdy chce się korzystać z autobusów w Sintrze.
Generalnie system taryfowy w Lizbonie jest koszmarem dla turysty. Obowiązują karty Viva Viagem na które ładuje się bilety. Karta kosztuje 0,5e (mieliśmy farta, bo ktoś nam dał swoje 4szt na lotnisku).
Jednak dalej zaczynają się komplikacje. Każda karta może być wykorzystana w 2 trybach: pojedynczego biletu lub zapping. Ta druga opcja działa tak, że ładuje się kartę nie biletem, a określoną kwotą (min 3e) i z tej kwoty są odliczane opłaty za przejazdy. Karta może zmienić tryb działania tylko jak jest wyzerowana. Żeby było śmieszniej. Na zapping wszystko jest taniej, ale nie wiesz ile Ci na koniec zostanie (zwykle się i tak opłaci), ale nie ma biletów ulgowych, a te są na koleje podmiejskie, wtedy bardziej opłacają się pojedyncze bilety. Nie można odbić tej samej karty przez 2 pasażerów podróżujących razem. Optymalizacja wykorzystania kart wymagała ciągłego liczenia i notatek na kartach.
Dojeżdżamy do Sintry bez problemu. Pogoda jest w sam raz (według prognoz miało padać). Nie szalejemy, spacerujemy sobie powoli:


Na szczególowe zwiedzanie wchodzimy tylko do Quinta da Regaleira, parku z pałacem zbudowanego przez ekscentrycznego milionera z okultystycznymi zamiłowaniami. Totalna mieszanka stylów na granicy kiczu, ale dzieciom się podobało :) Szczególnie podziemne korytarze.







Następnego dnia miał być strajk kolejarzy w całym kraju i większość pociągów podmiejskich miała kursować tylko kilka razy dziennie lub wcale. Ale w ostatniej chwili na szczęście strajk odwołano. W planie Estoril i Cascais. W pierwszym miasteczku chodziło mi głównie o otoczenie Palacio Estoril, hotelu gdzie podczas 2WŚ mieszkało wielu monarchów ważnych osobistości i celebrytów. W związku z tym w hotelu stacjonowało wielu szpiegów w tym Ian Fleming późniejszy autor książek o Bondzie. Hotel był bezpośrednią inspiracją \"Casino Royale\". W 1968 kręcono tu jeden z filmów o Bondzie.
Otoczenie jest jednak rozczarowujące bo zapuszczone, na tyle, że nie wklejam nawet zdjęć. Spacer do Cascais też niespecjalnie atrakcyjny. W Cascais niestety komercja, ale jak tylko pójdzie się nieco dalej od kiczowatego turystycznego centrum robi się zielono i fajnie. Aż szkoda, że zostało nam już niewiele czasu:





Mamy wylot około 9:00. Bierzemy rano taxi przez aplikację z jakimś kodem zniżkowym (z dziećmi unikam Ubera ze względu na niejasne kwestie podróży dzieci bez fotelików w różnych krajach). Wychodzi koszt podobny jak metro, ale i tak mam wrażenie, że nas orżnął na 2e. W Lizbonie T1 jest salonik z darmowym wejściem dla dzieci poniżej 12lat, ale jest słaby. Dużo lepszy jest prowadzony przez port ANA Lounge. Zaryzykowaliśmy wejście do lepszego i bez problemu przy 2 dorosłych zgodzono się na wejście Ernesta gratis.
Do MUC lecimy TAP i dalej do Poznania LH. Okazało się, że MUC nie pozwala na przesiadkę z własnym wózkiem, musieliśmy go nadać. Dziwne są te restrykcje i bardzo problematyczne dla pasażerów z dziećmi. Po dolocie do MUC po długim postoju gdzieś w przypadkowym miejscu na płycie okazuje się, że mamy nieplanowany deboarding na płycie i jednak dostajemy wózek. Czyżby MUC to już nie taki sprawny port jak dawniej i coraz bliżej mu do chaotycznego FRA? Najgorzej pod kątem przesiadkowym z dzieckiem wspominam lotnisko w Helsinkach. Koszmar dla rodzica z dzieckiem.